Lipiec 11, 2026 1:25 | admin@admin.pl

O tym jak Apator ponownie odnalazła drogę na szczyt PGE Ekstraligi.

 

Są takie sezony, których nie da się opisać wyłącznie tabelą, statystykami i wynikami. Są też takie drużyny, których nie można oceniać po kilku pierwszych kolejkach. Jako kibic Apatora Toruń przekonałem się o tym już rok temu (i nie tylko). Dlatego, kiedy na początku czerwca tego roku słyszałem kolejne głosy, że „PRES Grupa Deweloperska Toruń może nie znaleźć się nawet w fazie play-off”, nie potrafiłem się z nimi zgodzić.

Nie dlatego, że nie widziałem problemów, bo widzieli je wszyscy.

Widziałem porażki, nerwowość, błędy na trasie, przegrane starty i drużynę, która chwilami wyglądała zupełnie inaczej niż ta, która jesienią 2025 roku świętowała zdobycie Drużynowego Mistrzostwa Polski.

Ale widziałem też coś jeszcze.

Widziałem zespół, który już raz przeszedł dokładnie tę samą drogę.

I właśnie dlatego dzisiaj coraz mocniej wierzę, że historia naprawdę potrafi się powtarzać.

Bo przecież „Wiara, wiara jest w nas…”

W tym felietonie wspólnie przemierzymy drogę od inauguracji do dzisiejszej sytuacji naszego klubu. Analiza, opinie ekspertów i zapowiedź tego co jeszcze nas czeka w tym sezonie. 

Zatem 2min dla zawodników na podjechanie na start i ruszamy…

Historia zaczęła się rok temu…

Kiedy wspominam sezon 2025, nie pamiętam tylko finału i złotych medali. Pamiętam przede wszystkim wątpliwości w trakcie sezonu.

Pamiętam pytania o formę liderów.

Pamiętam komentarze, że ten skład jeszcze nie działa tak, jak powinien.

Pamiętam opinie, że mistrzostwo odjeżdża coraz dalej. Do dziś czuję na plecach to zwątpienia ludzi wychodzących z Motoareny po jednym ze spotkań.

A potem przyszedł mecz z Motorem Lublin w rundzie zasadniczej (49:42). 

Do dziś mam przed oczami atmosferę tamtego spotkania. Nie chodziło wyłącznie o wynik. Chodziło o energię. O poczucie, że drużyna wreszcie zaczęła jechać razem. Że każdy zawodnik dołożył swoją cegiełkę. Że nagle wszystko zaczęło funkcjonować tak, jak wyobrażaliśmy to sobie zimą. To wtedy wprowadziliśmy na rynek słynny potem w całej Polsce WIAROZOL. 

To właśnie wtedy rozpoczął się marsz po złoto.

Dlatego, kiedy kalendarz sezonu 2026 ponownie doprowadził do meczu z Motorem w podobnym momencie rozgrywek, trudno było nie odnieść wrażenia, że los ponownie pisze niezwykle ciekawy scenariusz.

Nie ma sensu udawać, że początek sezonu był udany.

Nie był.

Porażka w Lublinie, późniejsze niepowodzenie w Lesznie i kilka spotkań, w których brakowało nam tego charakterystycznego błysku (minimalne wygrane i męczarnie nawet ze słabymi rywalami) , sprawiły, że coraz więcej ekspertów zaczęło stawiać odważne tezy.

Jedni twierdzili, że obrona tytułu jest nierealna.

Inni wyliczali, że terminarz jest zbyt trudny.

Pojawiały się nawet prognozy mówiące o tym, że mistrzowie Polski mogą nie znaleźć się w najlepszej czwórce ligi.

Patrzyłem na te analizy z dużym szacunkiem, ale jednocześnie z przekonaniem, że w sporcie nie wszystko można zamknąć w tabelkach.

Bo żużel jest sportem ludzi charakternych.

A sport bardzo często buduje swoje najpiękniejsze historie wokół symbolicznych momentów.

Przełomowy mecz z Motorem Lublin (61:29) był czymś znacznie większym niż zwycięstwem za trzy punkty.

To był komunikat wysłany całej lidze.

Apator Toruń wygrała nie dlatego, że jeden zawodnik zdobył komplet punktów.

Wygraliśmy dlatego, że każdy zrobił dokładnie to, czego wymagała od niego drużyna.

To właśnie najbardziej rzuciło mi się w oczy.

Jeszcze kilka tygodni wcześniej zbyt często czekaliśmy, aż mecz uratuje jeden z liderów.

Dzisiaj odpowiedzialność rozkłada się na cały skład.

Wystarczy chociażby spojrzeć na ostatnie zwycięstwo w Grudziądzu. Do niedawna jeszcze lider rozgrywek był bezradny wobec kolektywu naszego zespołu. Starty a potem konsekwencja na trasie dały w efekcie wysoką wygraną na trudnym terenie. 

I właśnie to jest największa zmiana.

Największa siła to powtarzalność.

Analizując ostatnie tygodnie, coraz bardziej przekonuję się, że największym sukcesem Piotra Barona nie była żadna spektakularna rewolucja.

Wręcz przeciwnie.

Największą wartością okazała się cierpliwość.Nie było nerwowych ruchów. Nie było publicznego szukania winnych. Nie było rewolucji po każdej porażce.

Była konsekwencja.

Dzisiaj doskonale widać efekty tej pracy.

Robert Lambert prezentuje poziom godny jednego z najlepszych zawodników świata. Emil Sajfutdinow ponownie imponuje doświadczeniem i spokojem w najważniejszych momentach spotkań. Patryk Dudek coraz częściej przypomina zawodnika, którego pamiętamy z jego najlepszych sezonów.

Ale równie mocno cieszy mnie coś innego.

Druga linia.

To właśnie tam dostrzegam największy postęp.

Jeszcze w maju wielu obserwatorów podkreślało, że ciężar zdobywania punktów spoczywa głównie na liderach.

Dzisiaj coraz częściej punkty przychodzą z każdej pozycji w składzie. Norick Bloedorn zrobił wyraźny krok naprzód, coraz pewniej punktuje Antoni Kawczyński, a formacja młodzieżowa przestała jedynie ograniczać straty i liczyć ile najmniej może przegrać w biegu nr 2 a coraz coraz częściej sama wygrywa te biegi. 

Tak zdobywa się mistrzostwa.

Jest jeszcze jeden element, którego nie pokażą żadne statystyki.

Jazda parą.

To ona od kilku tygodni robi na mnie największe wrażenie.

Coraz częściej oglądamy zawodników, którzy nie myślą wyłącznie o własnym wyniku.

Widzimy asekurację partnera.

Widzimy świadome zamykanie krawężnika i rozegranie pierwszego łuku. Wdzimy walkę o każdy metr toru nie dla siebie, ale dla całej drużyny.

Tak właśnie jeżdżą zespoły gotowe walczyć o złoty medal.

Nie sposób pominąć jeszcze jednego aspektu.

MotoArena ponownie stała się miejscem, do którego rywale przyjeżdżają z ogromnym respektem.

Jeszcze kilka tygodni temu mówiło się o utracie atutu własnego toru (minimalne wygrane z Unią czy GKMem).

Dziś trudno znaleźć drużynę, która chciałaby właśnie w Toruniu rozgrywać najważniejszy mecz sezonu.

Dominacja nad Motorem Lublin (61:29) pokazała, że gospodarze potrafią wykorzystać każdy atut swojego obiektu, a odpowiednio przygotowana nawierzchnia pozwala w pełni wykorzystać potencjał całego składu.

A kiedy pełne trybuny niosą drużynę swoim dopingiem, nawet najwięksi faworyci zaczynają popełniać błędy.

I tu kolejny atut Aniołów. Jeżeli jest grupa ludzi, która zasługuje na szczególne wyróżnienie, są nią kibice (To My Krzyżacy!) .

Kiedy część ekspertów zaczynała stawiać krzyżyk na mistrzach Polski, trybuny MotoAreny wciąż pozostawały pełne wiary.

W internetowych dyskusjach coraz częściej powracało wspomnienie sezonu 2025.

Powtarzano, że mistrzowskie zespoły poznaje się nie po tym, jak rozpoczynają rozgrywki, lecz po tym, jak reagują na kryzysy.

Po zwycięstwie nad Motorem internet podobnie jak stadion dosłownie eksplodował.

Dominowały opinie, że właśnie obejrzeliśmy najlepszy występ toruńskiej drużyny od wielu miesięcy. Kibice zwracali uwagę na waleczność, zespołową jazdę oraz atmosferę przypominającą tę z drogi po mistrzostwo Polski.

To nie była euforia po jednym spotkaniu.

To była wiara, że historia naprawdę może się powtórzyć

To właśnie atmosfera była największym zwycięzcą tej części sezonu.

Rozmawiając z kibicami po meczach, czytając komentarze i obserwując reakcje ludzi na stadionie, zauważam jedną wspólną rzecz.

Znów wszyscy zaczęli się uśmiechać w parku maszyn i śpiewać w drodze na parking po meczu.

To może wydawać się drobiazgiem.

Ale w sporcie właśnie z takich drobiazgów rodzą się wielkie rzeczy.

Jeszcze miesiąc temu dominowały pytania.

Dzisiaj dominują marzenia.

Jeszcze niedawno zastanawialiśmy się, czy awansujemy do play-offów.

Dzisiaj coraz częściej rozmawiamy o tym, z kim możemy spotkać się w finale.

To nie jest przypadek.

To efekt pracy wykonanej przez cały klub (drużyna + kibice).

Od sztabu szkoleniowego.

Przez zawodników.

Po ludzi, których często nie widać przed kamerami.

Jest jedno zdanie, które od wielu lat powtarzają doświadczeni ludzie żużla.

Mistrzostwa nie zdobywa się na początku sezonu.

Zdobywa się je wtedy, kiedy forma przychodzi we właściwym momencie.

I właśnie tutaj widzę największy powód do optymizmu.

Mam wrażenie, że nasza drużyna z każdym kolejnym tygodniem jedzie coraz szybciej.

Coraz pewniej.

Coraz dojrzalej.

To już nie jest zespół szukający swojej tożsamości.

To ponownie drużyna świadoma własnej wartości.

Przed nami najpiękniejsza część sezonu!

Najważniejsze mecze dopiero przed nami.

Terminarz nie będzie łatwy.

Każdy punkt będzie miał ogromne znaczenie.

Rywale zrobią wszystko, aby zatrzymać rozpędzony Toruń. Najgroźniejszy rywal? Własny potencjał, bo paradoksalnie największym przeciwnikiem Torunia nie wydają się dziś ani Leszno, ani Wrocław, ani Lublin.

Największym rywalem pozostaje utrzymanie obecnego poziomu koncentracji.

Terminarz nie pozwala na chwilę rozluźnienia, ale układ tabeli sprawia, że los miejsca w czołowej czwórce pozostaje wyłącznie w rękach mistrzów Polski.

Patrząc na obecną dyspozycję drużyny, trudno oprzeć się więc wrażeniu, że te najtrudniejsze mecze sezonu dopiero nadchodzą.

Ale właśnie na takie spotkania czeka się cały rok.

Wierzę, że jeśli utrzymamy obecną intensywność jazdy, zachowamy zdrowie (które jak dotąd nam dopisuje w przeciwieństwie do rywali) i nadal będziemy funkcjonować jako prawdziwy zespół, to jesienią znów będziemy emocjonować się walką o złoto.

Nie chcę dzisiaj składać wielkich deklaracji czy robić zakładów.

Sport nauczył mnie pokory.

Ale nauczył mnie również jeszcze jednej rzeczy.

Nigdy nie wolno skreślać drużyny, która wie, jak smakuje zwycięstwo.

Rok temu wielu zwątpiło.

Kilka miesięcy później świętowaliśmy tytuł DMP.

Dzisiaj znów słyszymy, że przed nami bardzo trudna droga.

I bardzo dobrze.

Bo największe historie nigdy nie rodzą się wtedy, gdy wszystko przychodzi łatwo.

One rodzą się wtedy, gdy trzeba udowodnić wszystkim, że jeszcze raz można wspiąć się na szczyt.

Patrząc na to, co od kilku tygodni dzieje się w naszej drużynie, wierzę, że jesteśmy właśnie na początku tej drogi.

A jeśli rzeczywiście historia postanowi zatoczyć koło, to za kilka miesięcy znów będziemy mogli powiedzieć z dumą:

 

Miiiiistrz! Miiiistrz! Apator!